
Rajd z Łagowa do Daleszyc po niebieskim szlaku dla Radka i Renaty zapowiadał się wspaniale. Późne lato, ciepłe wrześniowe słońce nastrajały ich bardzo optymistycznie. Wymarsz z łagowskiego rynku i podejście na górę Kiełki, w lasy orłowińskie na początek. Asfaltowe podłoże w Łagowie i we wsi Sędek wynagradzały wspaniałe widoki na Łysogóry, pasmo Jeleniowskie i niedalekie wzniesienie, gdzie kryje się pełen sylurskich skamieniałości wąwóz Prągowiec. Nic nie zapowiadało dramatycznych wydarzeń, które mogły zakończyć wycieczkę, zanim ta na dobre się rozpoczęła.
Szli równym krokiem, wspominając poprzednie wizyty w Łagowie i okolicy; zbója Madeja i jego jaskinię, wąwóz Dule. A także wizytę w kościele Świętego Michała i odbytą tam ożywioną, krótką, bo zaledwie półgodzinną, rozprawę między Renią a obecnym wówczas Norbertem. Rozprawę dotycząca identyfikacji świętych po ich atrybutach. Zatrzymali się na chwilę przy dziewiętnastowiecznej drewnianej kapliczce w Sędku. Te aktywności i miłe wspomnienia rozbudziły w dziewczynie apetyt więc napoczęła wyjęte z plecaka jabłko.
Życie to nie film!
Po paru minutach forsownego spaceru pojawił się on. Byk. Przywiązany tuż przy drodze do wbitego w ziemię paliku. Nieoddzielony od wędrowników żadnym ogrodzeniem, stał sobie między gospodarstwami na niewielkim skrawku zieleni i skubał spokojnie ździebełka trawy. Co nie przeszkadzało mu bacznie obserwować Naszych piechurów. Oczami, tymi zwierciadłami duszy, z których nie można było wyczytać nic. Ale co też znowu takiego może kryć się w duszy byka?
Radkowi, amatorowi dawnych polskich komedii stanęły przed oczami perypetie Franka Dolasa w austriackim Strassbergu. Przypomniał sobie, jak pakujący się raz po raz w kłopoty żołnierz pomylił się w ocenie płci „krowy”. Wszystko skończyło się szarżą nieprzywykłego do chodzenia na sznurze buhaja i zrujnowaniu odbywającego się w cieniu swastyk wiejskiego festynu. Ale to tylko film. Wyobraźnia artysty daleka od codziennej rzeczywistości. Poza tym trzeba by jakoś to zwierzę sprowokować.
Niespodziewany (?) zwrot akcji
– Nic takiego niedobrego, na szczęście się nie zdarzy – pomyślał w chwili, w którym Renia postanowiła pozbyć się resztek jabłka, rzucając je w stronę zwierzęcia. Ogryzek poturlał się szybko po trawie, trafiając z impetem w racice. Byk stał niewzruszony. Ale tylko przez krótką chwilę.
Jego oczy stawały się coraz mniej nieprzeniknione, a coraz bardziej przekrwione. Dalsza mowa ciała również nie wróżyła niczego dobrego. Wbity na słowo honoru palik nie wytrzymał gwałtownego szarpnięcia łbem. Wypuszczając głośno nozdrzami powietrze buhaj zaryczał i wierzgnął. Radek złapał Renatę za ramię. Rozpoczął się wyścig o życie.
Biegli! Stukot racic za nimi robił się coraz głośniejszy. Nie było czasu na oglądanie się i ponowną próbę wejrzenia w byczą duszę. Dyszenie bycze, czuli za to już niemal na karkach. Radek gorączkowo rozglądał się w szaleńczym biegu, czy nie ma gdzieś przeszkody, bariery która oddzieli ich od groźnego, galopującego niebezpieczeństwa. Ale niczego takiego nie było. Pozostało tylko jedno wyjście.
– Do lasu! – krzyknęła Renata.
– Dolasa! – pomimo grozy sytuacji Radek pozwolił sobie na słowną grę skojarzeń. A stukot racic i ciężkie dyszenie było słyszalne już bardzo, bardzo blisko.
W lesie
Całość skończyłaby się tragicznie, gdyby zwierzak nie był na początku zaskoczony bezczelnością tych dziwnych dwunogów, którzy ośmielili na rzucanie przedmiotów w jego stronę. Te kilka sekund wahania sprawiły, że Renia z Radkiem zdołali w porę wpaść między drzewa i skoczyć w chaszcze pomiędzy gęsto rosnący podszyt, który uniemożliwił bykowi dalszą gonitwę. Ten zaryczał, zakopał parę razy w ziemię i po paru minutach prób forsowania gęstwiny, odwrócił się i odszedł dostojnym krokiem.
Gdy oddechy się uspokoiły, a poziom adrenaliny opadł na tyle, że słowa przestały grzęznąć w gardle Radek spojrzał na koleżankę.
– Pamiętasz jak Norbert z Hanią planowali tę wycieczkę do Pampeluny? Ja nie jadę.
– Nie ma mowy. Ja też nie. – szybko przytaknęła Renata.
– Aha. Masz. Tutaj wrzucaj ogryzki, skórki od bananów itp. – powiedział z wyrzutem, wyjmując torebkę z plecaka.
Po chwili ruszyli dalej w las.
– Co najwyżej – dodała jeszcze Renia – moglibyśmy wybrać się kiedyś na Kretę.
– Na Kretę tak. Jak najbardziej.
Dalsza cześć podroży przez Kiełki, opuszczoną wieś Wojteczki, Zamczysko, Widełki, Włochy i rezerwat Cisów, aż do samych Daleszyc, przebiegła już bez większych przygód.
Epilog
– Radek, ale co z tej historii jest prawdziwe? Naprawdę przeżyliście na szlaku taką świętokrzyską gonitwę byków?
– Och, Michał. Też pytanie! Co jest prawdziwe? Rajd, wrześniowe słońce, wspominanie dysputy o atrybutach świętych…
– A szarża byka?
– … ogryzek Reni turlający się w stronę byka uwiązanego do lichego słupka.
– A szarża?
Radek pomilczał dłuższą chwilę.
– Życie… – uśmiechnął się szeroko i z szelmowskim błyskiem w oku dokończył – Przecież dobrze wiesz, że życie to nie film, przyjacielu.



