O nieoczekiwanych skutkach opowiadania świętokrzyskich legend

Zamek Chęciny Zima
Chęciński Zamek – miejsce przebywania Białej Damy

Egipska plaga pod Chęcinami

Pewnego czerwcowego poranka spotkałem się w Chęcinach z grupą młodzieży i opiekunów przy schronisku, z którego okien rozpościera się przepiękny widok na miasto i Zamek królewski.

W planie na ten dzień był rajd, do położonej niedaleko jaskini Piekło Skibskie. Był to czas, gdy lasy świętokrzyskie nawiedziła plaga, która osiągnęła niemal biblijne rozmiary. Wszędzie wokół chmary komarów latały i gryzły wędrujących. Z tego powodu szliśmy żwawo, bez zbędnej zwłoki.

Po dotarciu do celu, zapoznałem dzieci z procesem powstawania szaty naciekowej w wapieniach i górniczą techniką kruszcośledzenia. Opowiedziałem o pożytku z szukających schronienia w jaskiniach nietoperzy. Ich pożywieniem są wszak komary.

Gdy traktują Cię bardzo poważnie

Stojące u wejścia do pieczary diabelskie rzeźby, przywołały legendę o próbie zniszczenia klasztoru na Świętym Krzyżu przez biesy i czarownice. Nie będę tu jej przytaczał w całości. Powiem tylko, że tym razem koniec opowieści został nieco przeze mnie zmieniony i dostosowany do panujących okoliczności przyrody. Przyniosło to pewien zupełnie nieoczekiwany skutek w postaci równania z jedną niewiadomą:

– Po niepowodzeniu całego przedsięwzięcia czarownice uciekły z Łysej Góry. Diabły natomiast, wróciły tutaj, do jaskini i część zamieniła się w te rzeźby, które widzicie, a część w komary, które Nas teraz kąsają.
– A dużo tych diabłów było? – zapytał dociekliwy chłopczyk.
– Jeden zamienił się w milion komarów. Jak je policzysz i podzielisz przez milion to poznasz odpowiedź na Twoje pytanie.
– Aha. Jeden diabeł na milion – powtórzył z powagą dociekliwy chłopczyk. Po czym podniósł dłoń i zaczął skrupulatnie odliczać na palcach latających wokoło krwiopijców.

Prowadząc grupę w stronę autokaru, co jakiś czas słyszałem podawane do wiadomości wszystkich liczby – …siedemdziesiąt cztery, siedemdziesiąt pięć, siedemdziesiąt sześć…

Opowieść niesamowita o Białej Damie

Dzień wcześniej dzieciaki zwiedzały okolice Chęcin i Zamek Królewski z moją koleżanką, również przewodniczką świętokrzyską. Gdy wyprowadziłem już grupę z lasu, dane mi było poznać kolejny niespodziewany rezultat przytoczenia przez nią jednej chęcińskich legend. Na krótkim postoju zwróciła się do mnie jedna z opiekunek:

– Proszę podziękować koleżance…
– …trzysta piętnaście, trzysta szesnaście… – w tle cały czas dawało się słyszeć rachowanie.
Nauczycielka podjęła:
– … koleżanka opowiedziała historię o Białej Damie na chęcińskim zamku tak sugestywnie, że najstarsza dziewczynka spała u Nas w pokoju, bo u siebie nie mogła zasnąć. Pani kazała wypatrywać nocą rozmytego kształtu na murach zamku, który może spłynąć do schroniska po niegrzeczne dzieci. Dziewczynka bardzo się tym przejęła.

Nieoczekiwane konsekwencje. Dla mnie.

To był moment, który otworzył mi oczy. Zrozumiałem coś bardzo ważnego, coś co napełniło mnie smutną refleksją. Stało się to, co prawda, dopiero po kilku minutach, gdzieś w okolicach sześćsetnego komara, gdy poza radością z zasłyszanej historii i perspektywie przekazania jej znajomej przewodniczce, obawiałem się bardzo, że powiedzenie „śmiać się do rozpuku” może okazać się prawdziwe. Moje ciało pozostało jednak całe, ale w umysł wkradło się zwątpienie:

– Prawdziwym przewodnikiem świętokrzyskim zostanę tylko wtedy, gdy także mi uda się przestraszyć kogoś tą legendą! Tak, dopiero wtedy będę mógł powiedzieć, że jestem przewodnikiem spełnionym…

Od tamtej pory to mnie zdarza się zarywać noce, dopracowując detal po detalu, słowo po słowie opowieść o chęcińskiej Białej Damie.
– Czy ja kiedyś także, tak jak koleżanka po fachu, osiągnę mistrzowski poziom grozy Edgara Allana Poe?
Bardzo proszę mi tego życzyć!

– … czternaście milionów dwadzieścia cztery tysiące trzysta jeden, czternaście milionów dwadzieścia cztery tysiące trzysta dwa, czternaście milionów…