Na żółtym szlaku Wierna Rzeka – Chęciny

Skały, śnieg, zamek
Miedzianka. W oddali Chęciny

Któregoś ciepłego, sierpniowego poranka wybraliśmy się ze znajomymi żółtym szlakiem z Wiernej Rzeki, przez Górę Miedziankę, do Chęcin. Po drodze to, co tygrysy lubią najbardziej: dużo punktów widokowych, trochę leśnych ścieżek, a na samym początku płynąca leniwie Łosośna niedaleko miejsca, gdzie młody Stefan Żeromski pierwszy raz usłyszał od ciotki historię powstańca styczniowego, uczestnika bitwy pod Małogoszczem. Na motywach tych ciotecznych historii Żeromski oparł później swą powieść „Wierna Rzeka”. Dla uczczenia pisarza i tego utworu tak też nazywamy inaczej Łosośną, a także pobliską wieś i stację kolejową.

Najważniejszy punkt w początkowym etapie przejścia to, bez dwóch zdań, rezerwat geologiczny Miedzianka. Na objętym dziś ochroną obszarze od stuleci wydobywano z wapiennych skał ołów, nikiel, kobalt. A tak. Miedź również tam wydobywano.

Tamtego dnia podchodziliśmy w górę po szlaku od strony Zajączkowa, zbaczając na chwilę ze ścieżki by dostać się pod wejście do jaskini-sztolni Zofia, które już kiedyś prezentowałem na zdjęciach we wpisie o cudach „lodowego krasu”.

Była wtedy piękna, bezwietrzna pogoda i przejrzyste powietrze. Byliśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi, gdyż szczyt Miedzianki to punkt widokowy na wszystkie strony świata. Mogliśmy wyraźnie zobaczyć nie tylko najbliższe pasma i okolice z zamkiem w Chęcinach na czele, ale także Łysicę, pasmo Oblęgorskie, a nawet odległe wierzchołki pasma Przedborsko-Małogoskiego, znajdujące się już na terenie województwa łódzkiego.

Zagadkowe spotkanie i nieznane opowieści

Gdy schodziliśmy z góry natknęliśmy się na starszego pana spacerującego z owczarkiem w pobliżu pola księżycowego, czyli zespołu dołów po dawnych zasypanych szybach górniczych. Na widok grupki turystów z plecakami pan odwrócił się, zawołał w naszą stronę i zaproponował spacer do pewnej jaskini u stóp Miedzianki. Postanowiliśmy skorzystać z propozycji nieznajomego. Jego pies biegł przodem, zatrzymywał się co jakiś czas i oglądał wstecz, czy aby na pewno idziemy za nim.

Po paru minutach podążania za naszym czworonogim przewodnikiem i jego właścicielem okazało się, że znów jesteśmy na szlaku od strony Zajączkowa. Stało się jasne, że starszy człowiek prowadził nas pod wejście do sztolni Zofia. Moi towarzysze zorientowawszy się dokąd zmierzamy, podziękowali mu za dalszą drogę, tłumacząc że już widzieli, to co chciał nam pokazać.

Ja jednak uznałem, że skoro już tu z nami przyszedł, to wypadałoby wysłuchać jego opowieści. Jako jedyny wszedłem między zarośla śladem miejscowego i jego, cały czas biegnącego przodem i oglądającego się do tyłu, psa.

Zatrzymaliśmy się przy sztolni Zofia, gdzie pan zaczął snuć różne historie o górze i jej tajemnicach. Niektóre już mi znane, inne zupełnie nowe. Jedna wydała mi się szczególnie ciekawa. Dotyczyła dawnego pracownika kopalni, który opowiedział kiedyś mojemu rozmówcy o tym, co wydarzyło się w korytarzach pod Miedzianką niedługo po zakończeniu II wojny światowej, kiedy poszukiwano nowych, niewyeksploatowanych jeszcze żył kruszców.

Górnicy znaleźli ponoć wtedy nie tylko bogate złoże miedzi, ale także rudy uranu. Jednak zataili odkrycie przed przełożonymi stwierdzając, że „Polska jeszcze nie jest do końca nasza” i postanowili zalać to miejsce piaskiem i wodą, blokując dostęp do bogactw Miedzianki.

Chwila Wielkiej Próby

W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat jednej z nielicznych akcji GOPR w regionie świętokrzyskim. W 1966 roku, u wejścia do pobliskiej sztolni Łaszczyńskich odkryto plecak, ale bez właściciela. Niezwłocznie podjęto profesjonalne przeszukiwanie jaskiń i korytarzy, zakończone niestety odnalezieniem zwłok chłopaka, który wpadł do głębokiego szybu niedaleko wejścia.

– Widziałem wszystko. Byłem przy tym, gdy go znaleźli – powiedział nieznajomy, a słońce schowało się za pojedynczą ciemną chmurę.

– To musiał być przykry widok – odpowiedziałem.

– Tak – zamyślił się, a przynajmniej wydawało mi się wtedy, że się zamyślił. – Trochę był do ciebie podobny. Wchodzisz tam? Przydałaby ci się latarka.

– Nie, nie wchodzę – odpowiedziałem zerkając na psa, który utkwił we mnie wzrok, a jego ślepia stały się jakby bardziej czerwone. Zrobiło się odczuwalnie zimniej.

– Nie masz latarki, ale może poświecisz sobie telefonem? – nieznajomy nalegał. Gdy mówił nagły podmuch wiatru poruszył gałęziami rosnących blisko jaskini krzewów i drzew, a liście podniosły się z ziemi i zawirowały niespokojnie. Coraz bardziej wyprężony pies cały czas patrzył na mnie natarczywie.

– Nie – byłem asertywny. Po pierwsze nie byłem odpowiednio ubrany ani wyposażony by eksplorować jaskinie, po drugie pamiętałem o czyhających tu niebezpieczeństwach, a po trzecie to teren rezerwatu i bez pozwolenia nie można, ot tak po prostu, penetrować dawnych górniczych korytarzy.

Starszy pan spojrzał na mnie. Teraz już czułem na sobie nie jedno, a dwa dziwne, uporczywe spojrzenia. Po długiej chwili ciszy, przerywanej tylko podmuchami wiatru, westchnął i odezwał się w końcu:

– Cóż… Wracajmy zatem. Idź tamtą drogą do przyjaciół, a ja skręcę sobie trochę wcześniej. – Odcień oczu owczarka ponownie zmienił się na zwyczajną czerń, a chmura jakby rozpłynęła się w powietrzu. Znów wyjrzało słońce.

Tym razem ja ruszyłem pierwszy.
– Chciałem jeszcze o coś zapy… – odwróciłem się po sekundzie, ale tajemniczego starszego pana i jego psa już nigdzie nie było.

Tożsamość nieznajomego ujawniona

– Michał, co masz takie poburzone włosy – usłyszałem, gdy tylko wróciłem do towarzyszy wędrówki.

– To przez tę chmurę i wiatr. Ale zaczęło dąć znienacka. Prawda?

Moje słowa spotkały się ze ich zdumionym wzrokiem.
– Jaki wiatr? O czym ty mówisz? Cały czas świeciło słońce…

Ich zaprzeczenie wydało mi się nieco dziwne. Jaskinia była zaledwie sto metrów od miejsca gdzie na mnie czekali. Ale nie roztrząsałem tego zbytnio, bo czas było ruszać w dalszą drogę. Zostało nam do przejścia jeszcze kilkanaście kilometrów w stronę Chęcin.

Dopiero w domu przypomniałem sobie tę sytuację i sięgnąłem po książkę o legendach i klechdach z rejonu Śląska. Opisano tam stworzenia będące strażnikami dawnych kopalń i ich podziemnych tajemnic. Wędrowcy, którzy zabłąkali się w pobliże nieczynnych szybów i sztolni byli za pomocą różnych niecnych i nieczystych sztuczek sprowadzani na manowce przez te tajemnicze istoty. Wtedy zrozumiałem, że przyszło mi się spotkać właśnie z kimś lub takim. Ze skarbnikiem z Miedzianki. Bo właśnie skarbnikami zwały się owe duchy kopalń.

Epilog

Radek miał mocno zaniepokojony wyraz twarzy i tym razem to on wystąpił w charakterze odpytującego:
– Naprawdę ci się to zdarzyło Michał?

– Poszedłem z nim sam. Reszta została. Wszystkie opowieści i słowa nieznajomego przytoczyłem kubek w kubek. O rudach uranu, o akcji poszukiwawczej i zachęcaniu mnie do wejścia do środka bez żadnych zabezpieczeń.

– A czerwonooki pies, wiatr, ich nagłe zniknięcie?

Moją odpowiedzią był tylko szeroki uśmiech. Nic więcej.

Miedzianka – Fotografie

Zdjęcia z zachodu słońca na Miedziance – facebook