
– Radek? Spotkało Was kiedyś jeszcze coś groźnego, podczas wypraw po świętokrzyskim?
Twarz wywołanego do odpowiedzi zrobiła się niewyraźna. Może był to miraż spowodowany rozedrganym ciepłym powietrzem unoszącym się znad ogniska, a może kryło się za tym coś innego, bardziej tajemniczego. Norbert również wzdrygnął się niespokojnie, a Renata zaczęła poruszać bezgłośnie ustami.
– To zdarzyło się, gdy pojechaliśmy terenówką na Ponidzie – odpowiedział po dłuższej chwili zapytany – właśnie wtedy, podczas kolejnego już, wspólnego podróżowania po regionie w moją duszę ponownie wkradło się zwątpienie.
– Pojechaliście dżipem? – zignorowałem wywnętrzenia Radka.
– Tak, dżipem, zresztą marka nie ma tu znaczenia. Umówiliśmy się na samochodową przejażdżkę z Hanią, Renatą, Marią, Norbertem i Krystianem. Gdy czekaliśmy na miejscu zbiórki okazało się, że Hania podjechała terenówką. I tak ruszyliśmy na południe województwa…
Usłyszałem, że odwiedzili wtedy Młodzawy Małe, zaglądając tam do kościoła i Ogrodu na Rozstajach. Zwiedzili Pińczów, okolice Buska i Wiślicę. Zalety szerokich opon i napędu na cztery koła zostały w pełni wykorzystane, gdy podróżowali bocznymi, polnymi drogami wśród lessowych wąwozów i gipsowych wychodni Ponidzia.
Ale to nie miejsce i czas na przytaczanie całej opowieści z wyprawy. Najciekawsze wydarzenia miały swój początek w Stradowie na terenie starego grodziska, największego założenia obronnego plemion Wiślan. Nasi znajomi podróżnicy zostali stamtąd przegonieni przez nadciągającą burzę.
Ucieczka do przodu
– Zdążyliśmy – powiedziała Mania wsiadając do auta, gdy pierwsze krople zaczęły uderzać o przednią szybę. Reszta także zajęła swoje miejsca. Pojechali szosą w stronę Pełczysk, przysłuchując się jeszcze opowieściom Hani o odkrytych tam znaleziskach osady celtyckiej.
– Nie boicie się piorunów? – zapytała Renata.
– Nie ma czego – odpowiedział Krystian – samochód jest jak klatka Faradaya. W środku nic nam nie grozi.
Lało jak z cebra i grzmiało coraz bliżej.
– Trzeba będzie gdzieś się zatrzymać, bo jechać w taką pogodę nie ma sensu – rozmyślał Radek nad tym jedynym na tę okoliczność sensownym rozwiązaniem…
Lecz jego rozważania zostały nagle przerwane przez Hanię gwałtownym ruchem kierownicy. Wehikuł skręcił ostro w nieutwardzoną polną drogę, nabierając prędkości pośród spadającej na karoserię i szyby ściany deszczu.
– Oho! – krzyknęli jeden przez drugiego, gdy samochód zaczął tańczyć na piachu, który piachem już nie był. Po zaledwie kilku minutach intensywnego deszczu mieli pod kołami płynące drogą błoto.
– Dlaczego to nie powinno mnie dziwić, ale dalej dziwi? – a to dalej Radek i jego myśli. – Muszę na spokojnie zastanowić się z kim się zadaję. Zrobić przegląd rzeczy do których moi drodzy przyjaciele są zdolni – przypomniał sobie ogryzek lecący w stronę byka w Sędku. – W najgorszym przypadku spiszę testament, w najlepszym nie będę więcej zabierał na niewinną niedzielną przejażdżkę najlepszych spodni.
Interludium muzyczne
Zostawmy na razie Radka z jego refleksjami o naturze ludzi oraz dylematami dotyczącymi wyboru odpowiedniej garderoby i wróćmy na chwilę do tytułu wpisu. Oprzyjmy się wygodnie na fotelu albo rozciągnijmy na kanapie, weźmy głęboki oddech i wyobraźmy sobie huk grzmotów, leniwą linię basu i organy Ray Manzarka imitujące krople deszczu, zanim głos Jima Morrisona delikatnie obwieści Nam, że oto jadą jeźdźcy burzy.
Wczuliśmy się w ten klimat? Wszyscy już nucimy balladę Riders on the storm zespołu The Doors? To jak najprędzej wyrzućmy tę melodię z głowy! Tego, co działo się dalej z pewnością nie można opowiedzieć na podkładzie tego mrocznego tekstowo, ale muzycznie zdecydowanie zbyt łagodnego utworu. Co sprawdzi się lepiej? Według gustu – żwawsza muzyka przesterowanych gitar, tudzież amatorów elektroniki zainteresują rytmy z większą liczbą beatów na minutę. Przydadzą się też chorały gregoriańskie. Ale chwila, zapytacie, jak to chorały? A to akurat zaraz się wyjaśni:
Strategie walki ze stresem
Taniec samochodu prowadzonego pewnymi ruchami rąk Hani trwał w najlepsze. Tył cały czas pląsał, to w lewo, to w prawo zbliżając się do tego, co na co dzień było polem, ale podczas nawałnicy stało się płynącą mazią pełną pułapek, czyhających na najmniejszy błąd kierującej. Hania kontrowała kierownicą ruchy auta, zapobiegając raz po raz zbliżającej się katastrofie.
Jak nasza grupka radziła sobie z tą sytuacją? Różnie!
Mania wybrała szlachetne milczenie, zastanawiając się, czy prawdopodobne wyciąganie auta z błota skończy się przed północą i o której zdoła wrócić do domu, gdzie czekało jeszcze wiele spraw do załatwienia. Radek nie zdradzał swoich coraz bardziej czarnych myśli, ale patrzył na igłę magnetyczną podając co jakiś czas na głos kierunek jazdy.
– Oooo – wszyscy krzyknęli chórem na ostrym zakręcie, z którego Hania wyprowadziła samochód na prostą w ostatniej chwili unikając zjazdu w grząskie sidła podmokłej uprawy pszenicy.
– To nie było rozsądne, powiem wam – Hania stwierdziła w przypływie szczerości.
Po tych słowach kierującej można było już zrobić tylko jedną rzecz. Przynajmniej tak uznali Norbert z Renatą:
– Ora pronobis peccatoribus… – odezwał się Norbert.
– Ave Maria, gratia plena, dominus tecum, benedicta tu in mulieribus… – od pierwszego wersu podjęła Renata.
– Czy łacińskie modlitwy są bardziej skuteczne od tych w mowie ojczystej? – zastanawiała się Mania. Trzeba jednak oddać załodze, że w tej sytuacji nikt nie pokusił się o używanie zgoła innego rodzaju łaciny.
Krystian, któremu na czas tej karkołomnej przypadło miejsce na pace, na ustawionym bokiem do kierunku jazdy siedzeniu, postanowił odpiąć pasy, spodziewając się scenariusza, że auto jednak nie utrzyma się w pozycji poziomej podczas tego sztormu i przyjdzie mu wychodzić na zewnątrz w nie całkiem klasyczny sposób.
– …et benedictus fructus ventris Tui, Jesus… – w całkiem klasyczny sposób kontynuowała Renata.
– Damy radę… – dodawał bez przekonania Radek, próbując podnieść nastroje współpasażerów.
– …Sancta Maria, Mater Dei ora pro nobis peccatoribus…
Po kilku minutach niepewności, pokrzykiwań, szlachetnej ciszy, modlitw w martwym języku i utrzymywania samochodu w torze jazdy przez Hanię rosła nadzieja, że wydostaną się z tej draki bez potrzeby odkopywania wozu z błota, czy oczekiwania na pomoc drogową. Wyglądało na to, że najlepsze czarne dżinsy Radka były uratowane.
– …nunc et in hora mortis noastre. Am…
– Już, już widać asfalt! – zakrzyknął ktoś.
– …Amen. – Zakończyła Renata. Czyżby modły zostały wysłuchane?
Chwilę potem Hania wypowiedziała jednak słowa, po których powietrze wewnątrz auta zgęstniało tak, że można było zawiesić siekierę:
– O! Tam woda się przelewa, zebrało się małe jezioro, nie przejedziemy. Chyba.
Nastroje zgasły w ułamku sekundy. Spełniał się scenariusz utknięcia na pół dnia, a właściwie już nocy, wśród płynących zewsząd na auto żyznych ponidziańskich lessów.
Nadzieja odżyła ponownie po kilku sekundach, gdy okazało się, że to co wyglądało na głęboką nieprzejezdną przeszkodę okazało się jednak tylko płynącym z boku płytkim strumieniem błota.
Kiedy cichnie muzyka i ustaje burza
– Brawo Hania! Brawo! Łoooł – zakrzyknęli rozradowani, oddychając z ulgą, gdy po chwili gumy opon dotknęły ponownie wytęsknionego przez wszystkich twardego podłoża drogi asfaltowej. Kierująca zbierała z uśmiechem satysfakcji gratulacje.
– Dziękujemy Haniu, że uratowałaś nam życie – to Renata, teraz już w języku żywym, po polsku.
– Tak! Najpierw na-ra-zi-łaś, a potem uratowałaś… – nie mógł sobie darować Radek.
Burza ustawała, kiedy jej szczęśliwi jeźdźcy ruszyli w stronę następnej atrakcji.





